O autorze
Po prostu Estera. Nie lubi etykietowania i stereotypów. Zwolenniczka samodzielnego myślenia, miłośniczka minimalizmu, dusza raczej artystyczna. Na swoim blogu firliki.wordpress.com chce inspirować, wspierać, wywoływać dyskusje.

Test na macierzyństwo

Prawo autorskie: haywiremedia / 123RF Zdjęcie Seryjne
Nigdy nie lubiłam egzaminów, weryfikowania mojej wiedzy, w zasadzie całego systemu edukacyjnego. Zawsze wydawał mi się kulawy, posługujący się nieodpowiednim instrumentarium, szablonowy. Po latach wadliwego nauczania jakieś szacowne gremium uważało, że ma prawo mnie przeegzaminować. Otoczka wokół tych testów wydawała mi się na wyrost, przesadzona i nieadekwatna do poziomu nauczania. A nazywanie na przykład matury egzaminem dojrzałości zdawało się semantyczną wpadką – bo gdzie, jaka dojrzałość, z czego? Z matematyki? Z polskiego?

O ile wszystkie te sprawdziany, egzaminy czy kolokwia można uzasadnić potrzebą sprawdzenia, czego dany delikwent nauczył się przez te wszystkie lata, to egzaminowanie kobiety czy mężczyzny z przygotowania do bycia matką/ojcem wydaje mi się całkiem bezzasadne. Nie, oczywiście, nie ma oficjalnych testów, nikt nie wzywa do stawiennictwa przed Komisją ds. Wychowania, i nie wystawia ocen czy certyfikatów. Ale powiedzcie drodzy rodzice czy nie odczuwacie codziennej presji otoczenia? Nie macie wrażenia, że śledzi was czujne oko bliżej niezdefiniowanej społeczności, która czasem przejawia się w osobie zatroskanej babci, innym razem przyjmie postać życzliwego przechodnia, a kiedy indziej będzie opinią specjalisty cytowaną w jakimś topowym poradniku?



Chcąc nie chcąc jesteśmy cały czas na celowniku - rozliczani z każdego ruchu i każdej decyzji. O negatywną recenzję o wiele łatwiej niż o przychylną opinię. Zresztą, jakakolwiek nie byłaby ta ocena, kto dał innym prawo do jej wystawiania? W końcu nie przechodzimy kursu na rodzica, nie robimy magisterki z bycia mamą, nikt nie uczy mężczyzn jak być wzorowym tatą! Owszem, w jakimś sensie czerpiemy z naszych rodzinnych wzorców, ale ciężko nazywać to rzetelną nauką, która daje solidne podstawy świadomemu rodzicielstwu. A jednak zbiorowe oczekiwania wobec młodych rodziców są ogromne i nieustannie przemycane czy to w kampaniach społecznych, czy oskarżycielskich komentarzach jakiś pobocznych obserwatorów.

Jako wymierne wskazówki ciężko też traktować takie uwagi jak: „Wyśpij się na zapas”, „Twoje życie zmieni się o 180 stopni”, „Zmienią się priorytety w twoim życiu”, a potem zapytania podające pod wątpliwość twoje rodzicielskie wybory: „Nie za zimno mu?”, „Nie za ciepło go ubrałaś?” czy „Karmisz sztucznym mlekiem?” albo „Kołyszesz? Nie uwolnisz się potem od dziecka”. To zdecydowanie nie pomaga, chyba że w osiągnięciu kolejnego poziomu irytacji. Nic niestety nie jest w stanie przygotować młodych rodziców do bezawaryjnego i bezbłędnego rodzicielstwa. Macierzyńska/ojcowska dziewiczość prowadzi niekiedy do łez i wyrzutów sumienia. Ale to i tak najmniejszy problem. Bywa i tak, że brak wiedzy stanowi zagrożenie dla dziecka. I na nic wtedy świadomość, że przecież nie wiedziałeś, że nikt nie powiedział…

Dziwię się, że wydaje się pieniądze na kampanię, która ma uświadomić kobietom, że nie warto odkładać decyzji o macierzyństwie (choć podobno była to prowokacja, która miała wywołać głębszą dyskusję) lub debatuje się w kręgach politycznych o tym, jak nakłonić społeczeństwo do rozmnażania (bo ktoś w końcu musi zapracować na nasze emerytury). Dziwię się, bo planowanie rodziny to indywidualna i intymna sprawa. I naprawdę nikogo nie powinno obchodzić czy małżeństwo zamierza pozostać w tandemie, czy też może nie. Zamiast naciskać na bezdzietnych zainteresowanie wyżej wspomnianych winno skoncentrować się na tych, którzy tzw. podstawową komórkę społeczną już stworzyli.

I nie chodzi mi wcale o wsparcie finansowe – o takowe krzyczą zwykle rodzice, którzy prezentują postawę roszczeniową. Mam na myśli konkretne działania, kompleksową opiekę specjalistów, którzy krok po kroku wprowadzą w rodzicielstwo. Oczywiście nikt za nas nie zaopiekuje się dzieckiem, wiele aspektów wychowania należy przerobić samemu, ale są pewne kwestie, o których pierworódka i jej mąż nie mogą wiedzieć, a są kluczowe dla prawidłowego funkcjonowania maleństwa.

Przede wszystkim nie wystarczy głośno mówić o dobroczynnym wpływie karmienia piersią. Dostęp do wiedzy, owszem, jest. W postaci broszur, lekarskich rekomendacji czy zaleceń na produktach żywieniowych dla niemowlaków. Jednak definicja to nie wszystko, zwłaszcza kiedy kobieta nie rozumie swojego organizmu albo nie potrafi poprawnie zinterpretować zachowania dziecka. Nie wystarczą również dwie doby w szpitalu i szybka „instrukcja obsługi”, kiedy kobieta rodziła przez cesarskie cięcie, a pokarmu ani widu, ani słychu i jakoś nikt się nie kwapi, żeby wesprzeć pacjentkę w rozbudzeniu laktacji. Ale karmienie piersią oczywiście najlepsze dla dziecka – przynajmniej przez pierwsze sześć miesięcy według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia. Nawet wizyty patronażowe nie pomogą, jeżeli młoda matka nie wie, czego nie wie, a położnej nie zostaną zadane stosowne pytania.

Zamiast mamić społeczeństwo jakimiś finansowymi dodatkami może należałoby zapewnić bezpłatną poradę doradcy laktacyjnego albo darmowe szczepionki skojarzeniowe? Jeśli coś jest obowiązkowe lub zalecane dla prawidłowego rozwoju dziecka, dlaczego rodzice muszą za to płacić? Zamiast finansowania kampanii może przeznaczyć pieniądze na fachową i rzetelną pomoc, która ma zastosowanie w praktyce, a nie jest wyłącznie naukowym dyskursem czy klepaniem ogólnych formułek, które niekoniecznie muszą się sprawdzić w jakiejś konkretnej sytuacji? I przede wszystkim zamiast rozliczać i oceniać rodziców, którzy dopiero „na dziecku” uczą się jego opieki zaoferować wymierną pomoc, która uchroni przed, czasami, fatalnymi w skutkach działaniami.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...